29.08.2016

156.Dlaczego nie dopuszczamy do siebie smutku?


Hejo hej, trochę jestem już "odpoczęta". Dwie książki za mną, zmiana apartamentu i chyba aż tydzień tutaj. Nie liczę dni. Jednak czułam się trochę przytłoczona momentami. Zapisałam w końcu tematy, które chcę przemyśleć, żeby dopuścić do siebie wszystkie myśli. Chociaż jeszcze będę musiała dopisać parę punktów, z którymi trudno się uporać. No, więc dziś o tym. Zapraszam :)

***


Myślę, że każdy z nas w pewnych momentach ma takie punkty, które odkłada na później i później. Czuję je ostatnio gdzieś z tyłu głowy. Przechowuję tam też niektórych ludzi. Punkty są raczej łatwiejsze do rozpracowania. Z ludźmi w głowie trudniej się rozprawić. Zawsze jestem zdania, że wszystko jest możliwe, a jednak jeszcze nie znalazłam złotego środka na ludzi w głowie. Chciałabym wierzyć, że wszystko przychodzi z czasem.


Skupienie się na tym, co mogę zrobić to ważna sprawa. Bo te punkty da się rozpracować, pomyśleć nad nimi i po prostu znikają z tyłu tej naszej głowy. Wczoraj wszystkie niepokojące mnie zapisałam. I zaczęłam je rozpracowywać na spokojnie. Wygospodarowałam parę godzin na ich zaplanowanie. Trochę lżej. Próbowałaś? Próbowałeś?


Teraz dam sobie czas na ich przemyślenie. Tego próbowaliście? Po prostu myślenia bez wykonywania innych czynności poza usadowieniem się w dogodnym miejscu. Dopuszcza wszystko. Chociaż staram się kontrolować ten przepływ myśli, żebym mogła najpierw przemyśleć, to co zostawiam z tyłu głowy. Wiem, jak trudno to zrobić. Dlatego mocno zastanawia mnie, dlaczego tak jest. Dlaczego nie dopuszczamy do siebie tych "złych emocji"? Przecież one nie są gorsze i niewłaściwe, jak wpajano nam czasami całe życie. Każda emocja jest ważna. Bo jest prawdziwa. Jest nasza.


Dochodzę do wniosku, że nie dopuszczamy do siebie smutku, bo po prostu się go boimy. Paraliżuje nas myśl, że ktoś mógłby go zobaczyć, co wiąże się ze strachem przed oceną. Ja starałam się przebyć tę barierę i chyba się udało. Już nie kręci mnie granie wesołej, kiedy taka nie jestem. Łzy są oznaką człowieczeństwa. Poważnie.


Jest też coś takiego jak sto tysięcy pocieszeń. "Będzie dobrze", "nie płacz", "uśmiechnij się", "po co się smucić" itd. Znacie to, prawda? To trochę chore, by się uśmiechać, kiedy jest się cholernie zrozpaczonym. Jeśli nie potrzebujesz tych stu tysięcy pocieszeń, to im powiedz. "Dopuszczam do siebie wszystkie emocje i mi z tym dobrze. Teraz jestem smutna". Powiedz swoim ludziom, czego oczekujesz w takiej sytuacji. Dlatego, że nie będą wiedzieli, jak się zachować i wybiorą pewnie coś w stylu stu tysięcy pocieszeń. Mogą przecież zwyczajnie przy Tobie być i nie zadawać żadnych pytań.


Jeszcze jedną rzeczą która nas paraliżuje jest to, że jak już zaczniemy, nigdy z tego nie wyjdziemy. Tak jakby smutek działał na innych zasadach niż szczęście. A przecież jest równoważną emocją. Tyle samo wartą. Przecież gdybyśmy nie bywali smutni, nie wiedzielibyśmy, jakie to uczucie być szczęśliwymi. Nie dopuszczając tych stresujących, smutnych czy nerwowych myśli, wciąż mamy je z tyłu głowy i jesteśmy nimi "zadręczeni". Po burzy przecież nadchodzi słońce.


Paraliżuje też strach przed samą sprawą. Zazwyczaj odkładam "ciężkie" myśli na wieczór. Na sam koniec. Stresuje mnie to, że będę musiała się z tym zmierzyć. Ale chcę oczyścić moją głowę. Sprawy są różne. Ale kiedy pomyślę nad czymś problematycznym dłużej, znajduję rozwiązanie. I to jest właśnie piękne w całym tym myśleniu. Że często da się znaleźć rozwiązanie.


Kiedyś w grupie zapytano nas, jak radzimy sobie ze smutkiem. Zdziwiłam się, że ludzie aż tak mocno zbywają to, co czują. Wszystkimi czynnościami świata. Rozumiecie ten stan. Pragniecie się utopić w swoich łzach. I wtedy postanawiacie iść potańczyć albo pobiegać albo wiecie co, poczytać! Ja też tak robię. Wyduszam negatywną energię. Ale halo. To nie koniec! Przecież to nie usuwa tego smutku. To tylko sprawia, że nie dopuszczacie do siebie wszystkich emocji, tylko znajdujecie "odsuwacze". Odsuwacie uczucia i lecicie dalej! Heej, robi tak większość ludzi! Którzy później ponoszą konsekwencje w swoich kręgosłupach, sercach, mózgach z nowotworami i wiecznym stresie. Dopóki nie usadowicie się w dogodnym miejscu i nie przemyślicie tego swojego smutku, on nie minie. Czasem nie da się tak raz tego przemyśleć i już. Nie wiem czy w niektórych przypadkach wystarczyłby rok. Ale to myślenie zawsze pozwala coś przeżyć i dopiero zostawić za sobą. Albo znaleźć inne rozwiązania.

7 komentarzy:

  1. Przecudne zdjęcia!!

    Zachęcam do obserwowania:
    http://klaudencja.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne zdjęcia i post, który przemówił do mnie :)
    http://porcelanowa-lala.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. W zupełności się zgadzam z tym, że nie dopuszczamy do siebie smutku ponieważ się go boimy. Kiedy już go do siebie dopuścimy, myślimy o nim, zamartwiamy się a tak to tkwi gdzieś tam jak to napisałaś z tyłu głowy i nie zwracamy na niego aż takiej uwagi. Jeśli chodzi o "sto tysięcy pocieszeń" to nienawidzę tego! :D Nie ma nic gorszego niż sytuacja w której jesteś zrozpaczona i w ogóle wszystko jest beznadziejne a ktoś Ci powie tylko "będzie dobrze". Grrr! masakra! :D Obserwujemy! :* www.fitlov.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny post.Czy miałabyś powiedzieć ile masz lat?

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedy dodasz coś nowego?

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każde dobre słowo :)
Cenię Wasze opinie. Są często miłą motywacją.
Pozostawione linki blogów staram się odwiedzać :)

~Olivia~